Kuchenny terror.

Mój M. rzucił ostatnio radośnie w kuchni, że ma dla mnie temat. Równie wesoło więc spytałam co takiego mu przyszło do głowy, spodziewając się najgorszego oczywiście lub ewentualnie jakiegoś super pomysłu na przepis, który trzeba udoskonalić. Tak więc powstał pierwszy temat z kategorii: Jak żyć?


Kuchenny terror z dwóch stron.

kawa, czekolada


Terror nr. 1 – Bezglutenowy potwór.

Ogniwem terroru jestem oczywiście ja. Terroryzuję mojego M. żeby mył wszystko po sobie, bo okruchy się zbierają. W domu panuje reżim, w którym główną rolę gra gluten, a raczej pozorny jego brak. Utrzymanie względnej sterylności w aneksie kuchennym graniczy z cudem ale jakoś się udaje. Tylko czasami męczy już zarówno mnie jak i jego ciągłe upominanie i przemywanie. Tutaj też powstał pewien konflikt interesów, bo nagle okazało się że wydziwiam w kuchni. Mąk używam jakiś takich innych niż normalny człowiek, wypieki nie smakują już tak jak kiedyś. Obiady i tak gotujemy osobno (dwoje ludzi, dwie różne diety i tak powstaje dysonans poznawczy), ale czasami chciałoby się jednak siąść całą rodziną do stołu. M. i F. z nieufnością patrzą na moje ciasta konopne, warzywa w przeważającej ilości na talerzu i przede wszystkim – podroby. Ja z pewną dozą tęsknoty i smutku patrzę na ich dania pełne makaronu, który kiedyś uwielbiałam ponad wszystko, na te kanapki z cudownego chleba żytniego na zakwasie i górę ziemniaków. I tak nic nie wychodzi ze wspólnych posiłków, bo każdy je coś innego. Czasami śniadanie się uda. F. ze swoim omletem kokosowym (mój mały sukces), M. z omletem z samych jajek posmarowanym dżemem 100% i ja moim omletem z boczkiem, awokado i pomidorem. Ważne, że mimo wszystko próbujemy.

Terror nr. 2 – Zakupowy czasopochłaniacz.

Na zakupach (jak idziemy razem) ciągam M. po dziwnych regałach gdzie nic nie kupuję po przeczytaniu każdej etykiety. Powoli odchodzi to do lamusa od kiedy mam swoje sprawdzone miejsca i jeżdżę za swoimi zakupami sama po targach lub sklepach. Wprawdzie namawiam M. żeby zrezygnował z kupowania w sieciówkach na rzecz lokalności i smaku, ale jak na razie jestem osamotniona. Kiedy już jednak jakaś nagła sytuacja zmusi nas na wspólne zakupy on kończy swoje w 15 minut, a ja nawet jeszcze nie skończyłam czytać pierwszej etykiety. Powstaje konflikt, który łagodzi chyba tylko anielska cierpliwość M. i moje przyzwyczajenie do komentarzy typu: daleko jeszcze? Dajemy radę, ale ten terror jest chyba najbardziej irytujący. Ja bym chciała jeździć razem, bo jednak wygodniej wieźć autem tyłek i siaty z targu. M. woli robić zakupy w miejscach, w których zapłaci kartą. Na razie więc pozostaje mi trening rąk w soboty wczesnym rankiem na Starym Kleparzu.

Terror nr. 3 – Restauracyjna ruletka.

Wyzwanie. Chyba największe w całej diecie. Teoretycznie w każdej karcie dań znajdzie się coś paleo, a jak się nie znajdzie to można poprosić o przygotowanie. Kwestią zaufania natomiast jest bezglutenowość tego co dostanę. Są knajpy z przekreślonym kłosem, ale czasami człowiek chciałby uczcić jakiś sukces na fajnym obiedzie we dwoje. Bez narzucania sobie nakazów i zakazów.

Terror nr. 4 – Chaos kuchenny.

To teraz ja się trochę poskarżę. Od kiedy Paleo mnie zodbyło gotuję intensywniej. W niedzielę nastawiam zawsze gar bulionu, który sobie pyrka 4 godziny powoli. Trochę częściej włączam piec na cudowne warzywa i białą kiełbasę. Jednym słowem robię więcej bałaganu. Staram się ograniczyć ten chaos, ale ten kto choć raz wydoił kokosową krowę wie, że wiórki są wtedy wszędzie (szczególnie po suszeniu). Zawsze lubiłam gotować, ale nigdy nie zajmowało mnie to aż tak. Kombinowałam w kuchni, a teraz nie dość że „wydziwiam” to jeszcze robię zdjęcia. Stałam się zbieraczem. Na blacie kończy się powoli wolne miejsce na sprzęty kuchenne. W szafkach upycham do granic możliwości moje cudowne gadżety. Choć piję z jednego kubka to wciąż przybywa nowych (no przecież do zdjęć jak znalazł!). Chaos, a w środku tego szczęścia w nieszczęściu ja i narzekania M. na mój szał kulinarny. Bo tutaj niedoczyszczone, bo znów zostawiłam pełny zlew garów no i zmywarka jakoś częściej chodzi. Jednym słowem czasami mam wrażenie, że powinnam przeprosić za to że właśnie zrobiłam najlepszy bulion świata, kupę z wątróbki lub po prostu moją ukochaną siemiankę na pracę jelit.

Terror nr. 5 – Słodyczowe eldorado.

M. ma przemianę materii szybką. Bardzo szybką. Do tego nie jest ograniczony żadnymi alergiami i dolegliwościami ze strony układu pokarmowego. F. jest dzieckiem też na szczęście bez nietolerancji. A ja biedna K. nie jem cukru dodanego (z wyboru), glutenu (z przymusu) i nabiału w drodze eliminacji. Do tego wymyśliłam sobie jakieś Paleo, bo tak mi lepiej. Nie chcę żeby moja dieta była przymusem dla chłopaków więc nie ma jakieś zakazu znoszenia do domu tych wszystkich pyszności, których ja nie mogę. M. ma swoje napady głodu kiedy znajdujący się w pobliżu sklep z gadem go ratuje i tak potem w moje oko wpadają rozmaite słodkości i opakowania chipsów. Trudno, sama wybrałam taką drogę. Jedyny zakaz obowiązuje w sypialni: żadnego aromatycznego żarcia, bo potem spać nie mogę. F. ma swój słoik pyszności, w którym składuje swoje słodkości (lizaki, żelki i mleczne kanapki). Potrafi to tam leżeć bardzo długo, bo na szczęście pęd do cukru moje dziecko ma znikomy. Gdzie tu więc problem? Ano jest. Bo tak naprawdę to ja też mam w sobie małego diabełka, który namawia mnie wiecznie na ten nieszczęsny cukier i to kusi strasznie. O ile glutenu jeść po prostu nie mogę i łatwo mi było z niego zrezygnować dla zdrowia, o tyle cukier to mój własny wybór i wciąż prowadzę walkę z tym nałogiem.

Terror nr. 6 – Wspólna część czyli F.

Tutaj nie ma się co rozpisywać. F. ma 5 lat i je wszystko to co tata, a czego mama nie tyka. Jednym słowem: mleko, chleb i makarony. To oznacza przeważnie trochę nierówny podział zakupowy, z którym ciężko się pogodzić. To naturalne. Co z tym zrobić? Zacisnąć zęby i wciąż szukać rozwiązania. Nie ma innej opcji.


Wena mi się chyba już skończyła. Terror terrorem, ale dom wspólny i trzeba znaleźć się w połowie drogi. Mam to szczęście, że M. szanuje mój wybór i uważa, że przemycanie do diety F. moich zdrowych rzeczy jest w sumie fajne. Ja natomiast nie uważam, że moja droga to ta jedyna słuszna. Wybrałam ją świadomie i się jej trzymam, ale nie mam zamiaru nikogo zmuszać do błądzenia po niej ze mną. Uważam, że jeżeli coś nie szkodzi to nie ma sensu z tego rezygnować, ale też wiem że nawet te najzdrowsze rzeczy w nadmiarze nie są dobre. Wierzę w zdrowy rozsądek i mam nadzieję, że też go posiadam. Nie chcę zmienić się w kogoś kogo życiowym celem jest podporządkowanie sobie całego świata.

IMG_20141214_100052

Reklamy

4 thoughts on “Kuchenny terror.

  1. dobry tekst :D
    bardzo mi się podobał . Twoja historia jest w skali mikro . Wyobraź sobie co ja czuję jak codziennie gotuję w restauracji i codziennie wypiekam bułeczki , ciasta , gotuje makarony itd itp . Do tego jeszcze muszę to próbować :p ( wszystko wypluwam ;] , ale większość rzeczy robię rutynowo , na wyczucie )
    Pozdrawiam :)
    Paweł

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s