Makrelove love.

Najfajniejsze w sobocie są treningi. No może zaraz po zakupach, ale jednak. Są rano! A to oznacza obiad rozpusty. Ostatnio popadłam w pewną monotonię, bo przeważnie wracam z zakupów, wstawiam buraka w folii na pół godziny do piekarnika i wychodzę na trening. Przed wyjściem oczywiście piekarnik wyłączam, ale nie otwieram. Jak wracam z treningu to mam cieplutkiego buraczka do starcia na tarce jako dodatek do obiadu. Dziś do buraka dołączyła makrela, też ‚zamarynowana’ przed treningiem, po treningu przeniosła się tylko z lodówki do pieca, a następnie na mój talerz. No i ten koperek (tak trzymam zioła w wazonie z kwiatkami). Jak go tylko zobaczyłam na Kleparzu był mój – młody, pachnący i taki cały tylko dla mnie.

Makrela pieczona z currySONY DSC


  • 1 makrela (patroszona)
  • ½ łyżeczki curry (sypkiego, nie pasty)
  • ½ łyżeczki bazylii (suszonej)
  • 1 łyżeczka soku z cytryny lub 2 plasterki cytryny
  • Olej kokosowy
  • Sól, pieprz

1. Makrelę umyć i osuszyć. Natrzeć  z każdej strony solą, pieprzem i curry. W środku dodatkowo posypać  bazylią. Odłożyć do lodówki na minimum 30 minut.

2. Nagrzać piekarnik do 200 stopni. Makrele wyjąc z lodówki, przełożyć na blaszkę (lub do naczynia żaroodpornego). Polać roztopionym olejem kokosowym oraz sokiem z cytryny (w przypadku plasterków można jeden wsadzić do środka, natomiast drugi położyć z wierzchu).

3. Wstawić do nagrzanego pieca i od razu zmniejszyć temperaturę do 180 stopni. Piec około 20 minut. Przez pierwsze 5 na termoobiegu. Na resztę czasu zmienić grzanie na górny grill.

SONY DSC


Jest tam też jajko. Zostało mi jedno samotne, bez pary to wrzuciłam je do jajowaru. Tak, poznaliście moją tajemnicę, nie umiem gotować jajek. Nigdy nie wychodzą takie jak mam ochotę. Mam jajowar do mikrofalówki.

#asienażar to twór, który powstał na grupie wsparcia detoksu cukrowego. Ten cudowny hasztag oznacza dla mnie tyle co: zjadłam do pełna, udało się nie przejeść, teraz mi błogo i dobrze. Nie chodzi natomiast tutaj o to tutaj, żeby się nażreć (brzydko mówiąc) do nieprzytomności. Tak samo jak w całym detoksie/paleo nie chodzi o to, że teraz można jeść ile się chce z dozwolonej listy. Cała zabawa polega na tym, że je się tyle ile chce organizm, intuicja podpowiada kiedy skończyć i stosując się do zasad nie zdarzyło mi się jeszcze nigdy przejeść do bólu żołądka. Czasami jest to więcej, czasami mniej i zdarzało się, że zmieniałam się na 30 minut w kulkę obfitości, ale uczucie ociężałości (bez bólu brzucha) mijało po 30 minutach i pojawiał się ‚power’ do działania. Fakt – objętościowo jem czasami obficie, ale są to warzywa. Coś co jest bogate w składniki odżywcze, co daje mi to moje upragnione i wywalczone zdrowie. Trzeba umieć słuchać siebie. Mnie jest błogo, mogę wkroczyć w drugą połowę dnia, która minie mi na sprzątaniu.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s