A po co mi ta wiedza?

Miało nie być zwierzania się, uzewnętrzniania i przemyśleń. Ale..

Ci co mnie znają wiedzą, że jestem gaduła i zawsze (dosłownie) mam coś do powiedzenia. Wtrącenia. Moje życie chyba bez rozmów byłoby puste. Mnie sprawia przyjemność poznawanie drugiej osoby, odkrywanie co w niej siedzi. Niekoniecznie lubię mówić o sobie, ale zdarza się że ktoś zada to jedno pytanie o moją pasję/zainteresowania i tonę. A dokładniej On tonie w moim monologu. Tak więc po tym wyczerpującym wstępie, który być może jest wytłumaczeniem dlaczego jestem najbardziej irytującą osobą ‚na sali’, przejdę do meritum: co ja takiego robię w wolnym czasie i o czym są moje monologi (prócz jedzenia, oczywiście).

Pole dance.

Wywijam ja na rurce, chociaż w moim odczuciu do wywijania mi dalej niż bliżej. Wciąż się uczę i poznaję jak ugryźć ten sport żeby czerpać korzyści a nie kontuzje. Rok temu zaczęłam zakochiwać się w sobie. Tak, pole dance prócz siły rozwija również ego. Buduje pewność siebie, uczy jak dostrzegać swoje zalety i je wykorzystywać. Daje dużo radości, spełnienia, wiary w siebie i swoje możliwości. Daje kopa do działania. Zmienia na lepsze.

Żyje w trybie: praca, trening, dom. Podporządkowałam się temu, bo tak potrzebuje. Ta powtarzalność i cel daje mi spokój, równowagę wewnętrzną. Ułożenie w głowie pewnego planu, który obejmuje więcej jak jeden dzień sprawia że wszystko nabiera sensu. Tak jak pisałam: ego. Jestem tego pewna, że brzmi to górnolotnie – tak jakbym miała jakieś wielkie plany względem mojej kariery, ale to tylko dla mnie. Jedyną osobą, z którą rywalizuje w życiu czy na rurce jestem ja sama z dnia poprzedniego. Dzięki temu też ‚ładnie’ jem. Bo ja zajadam nudę, jak nic nie robię to automatycznie sięgam do lodówki.

Trenuję na rurce trzy razy w tygodniu, dodatkowo dwa razy mam po zajęciach stretching. Jeden dzień staram się przeznaczyć na ‚nieregularne’ ćwiczenia: basen lub rolki. Takie coś dla przełamania rutyny. Zostają mi więc trzy dni błogiego lenistwa – odpoczynku dla mięśni i czasu na regenerację.

Nie będę dawała złotych rad od czego zacząć, bo uważam że po prostu jak się chce to powinno się spróbować. Napiszę jednak coś o czym powinno się wiedzieć: pole dance to ból. Siniaki, otarcia, kontuzje. Warto jednak próbować, szczególnie pod okiem kogoś doświadczonego. Kontuzji może i nie da się uniknąć, ale można je zminimalizować jeżeli jest się mądrze prowadzonym. Jeżeli ma się kogoś kto będzie głosem rozsądku w chwilach gdy ego bierze górę nad możliwościami. Taka osoba (instruktor w domyśle) powinna nie tylko umiejętnie popychać do przodu nasze zdolności, ale też wyłapać ten moment w którym zdolności się skończyły a chęci jeszcze są. To jest najbardziej niebezpieczne i zwodnicze nie tylko w ‚fikaniu na rurce’, ale w każdym sporcie.

Miało być jednak o jedzeniu. Przygodę z pole dance zaczęłam jeszcze odżywiając się konwencjonalnie, chociaż już ogarniając co nieco z tzw. zdrowego żywienia. W miarę jak rosła moja świadomość, rosły też wymagania względem siebie. Skoro już wiem co mi daje to co jem to powinnam umieć to wykorzystać jak najlepiej. Źle nie było, ale wciąż tak jakby mocy za mało. Treningi mam wieczorem, więc po całym dniu mimo tego, że ‚ładnie’ jadłam to w połowie zajęć mnie się już kończył pewien zapas. Wszystkie myśli wędrowały do kanapy a nie drążka. Tak upływały dni, a moja dieta była coraz bardziej indywidualna. Pełna strachu podeszłam do wyzwania jakim według mnie były treningi na energii pochodzącej z tłuszczy, czyli pierwsze kroki w paleo/detoks cukrowy. Jak widać przeżyłam, wytrwałam i odkryłam, że to jest właśnie to. Po dwóch tygodniach organizm się przyzwyczaił do nowego (powiedzmy, że zmiana zachodziła stopniowo przez 3 miesiące, ale te ostatnie dwa tygodnie były kropką nad ‚i’). Tak trwam do dziś i czuję się perfekcyjnie. Na śniadania staram się dostarczyć sobie pełen zakres możliwości. Jak ostatnio przyglądałam się moim i cudzym obiadom to są one w miarę podobne. Nie znajdzie się u mnie zapychaczy (kasz, makaronów czy ziemniaków) ale za to jest zawsze więcej warzyw. Największym problemem były kolacje, długo dochodziłam do tego jak i co jeść żeby czuć się dobrze na drugi dzień i wyspać się. Obecnie na moim talerzu królują węglowodany pochodzące z warzyw i zdrowe tłuszcze – nie ograniczam specjalnie białka, ale zdecydowanie źle mi się śpi jeżeli zjem go za dużo na ten ostatni posiłek. W dni treningowe zdecydowanie dorzucam coś dla mięśni, ale też w granicach mojego rozsądku. A skoro przy tym jestem: trening = banan i pasta kokosowa. Te dwa cudowne produkty dochodzą do mojej codzienności gdy będzie wysiłek. Nie unikam też owoców, jem je z radością przeważnie na drugie śniadanie (do kawy), zamiennie z surową/gorzką czekoladą. Całe to moje ‚kombinowanie’ sprowadza się do tego, że osiągam moje cele: mam energię na treningu, rosnę w siłę a nie tłuszczyk i dodatkowo zrzucam z tego jednego miejsca na którym mi najbardziej zależy. Nie liczę kalorii, zapotrzebowania i makro. Nie czuję potrzeby, a ostatnio podczas rozmowy dotarło do mnie, że w moim przypadku to i tak nie ma większego sensu. Kto wie ile ja przyswoję rzeczywiście przez te moje chore jelita. Wolę oszczędzić sobie zbędnego stresu. Skoro działa, to po co komplikować sobie bardziej.

banan potreningowy

*Idealny po treningu.

Jakim sportem jest pole dance? Znów opiszę jak ja to widzę jako osoba na początku przygody. Wymagającym: zdrowia, kondycji i samozaparcia. Uwielbienie do siebie człowiek sobie wyrabia po kilku zrobionych wprawnie figurach. Należy jednak pamiętać, że dyscyplina ta (nie ważne w jakiej odsłonie) lubi stretching. Nie można tego zaniedbać, bo kontuzje w pole dance, tak jak w każdym innym sporcie, zdarzają się i mogą wykluczyć nie tylko z uprawiania czynnie czegokolwiek ale również z życia jako takiego. Bark boli, przyczepy mięśniowe przy pośladkach są wystawiane na niecodzienne obciążenia, skóra z dłoni i stóp się zdziera a spięcie karku może zrobić z nas Pudziana. Nie ważne czy podchodzimy do tego amatorsko czy chcemy w przyszłości wygrywać konkursy (Pole Art, Pole Sport) – trzeba dbać o siebie.

Sobota. :) #poledance #fit #saturnday #pole #polelover #polelove #passion

A post shared by Katarzyna (@emkreacja) on

*Fikańsko.

*Typowe kolacje. I po problemie.

PS. Jeżeli szukacie dobrego miejsca jak zacząć swoją przygodę z pole dance, to ja z pełną odpowiedzialnością polecam Real Passion (klik) w Krakowie. Podzielcie się swoimi ‚doznaniami’, polećcie inne miejsca w innych miastach.. będzie fajnie :)

Reklamy

2 thoughts on “A po co mi ta wiedza?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s