Ryż z kalafiora.

Gdańsk – miasto pełne sprzeczności. Taki mi się nasuwa wniosek po krótkiej weekendowej wizycie w tym pięknym, jakby nie było, mieście. Jestem zachwycona architekturą starego miasta. Jedyne o czym zapomniałam można powiedzieć to sprawdzić, na którą godzinę mam bilet powrotny. Zemściło się to na mnie pustą lodówką w poniedziałek. Choroba mnie dopadła już piątek, więc cały wyjazd miałam pod znakiem zapuchniętych oczu i ratowania się lekami z apteki na przeziębienie – rozłożyło mnie w poniedziałek i lekarz musiał być. Do tego ta pusta lodówka.. Z zapuchniętymi oczami, bólem głowy i mięśni zawitałam więc do warzywniaka. Wzięłam spontanicznie to co było i dopiero w domu zorientowałam się, że kalafior to w sumie nadaje się do zjedzenia na już. Tym oto chaotycznym wstępem, przedstawiam.

Ryż z kalafiora

ryż z kalafiora


  • 1/2 główki kalafiora
  • 1 łyżeczka rodzynek
  • 1/2 cebuli
  • 1 ząbek czosnku
  • Olej kokosowy
  • Przyprawy: sól, pieprz, kurkuma

Kalafiora drobno poszatkować lub zmielić mikserem na małe kawałki wielkości ryżu.Cebulę pokroić w kostkę, czosnek posiekać lub przecisnąć przez praskę. Rodzynki zalać wrzątkiem (około 1/2 szklanki).

Na patelni rozgrzać olej kokosowy i zeszklić cebulę z czosnkiem. Dorzucić kalafiora, doprawić solą i pieprzem. Rozmieszać. Podsmażyć przez około 2 minuty i dodać rodzynki (z wodą w której się moczyły). Poddusić całość przez około 15 minut. Doprawić kurkumą, zamieszać i odparować nadmiar wody.


A skąd mi się tam wzięły rodzynki? Ano swego czasu, a dokładniej gdy jeszcze nie jadłam tak „ładnie”, ekspresowym dodatkiem do mięsa był dla mnie kuskus z rodzynkami. Zostały mi rodzynki z podróży Pendolino (oferta Warsu jest dość skąpa i cenowo poraża) więc się do czegoś przydały. A na koniec gdańskie migawki.

Gdansk1 Gdansk2 Gdansk3 gdansk4

Reklamy

Poza strefą – domowe chipsy.

Te wakacje obfitowały w odkrycia. Wiem już, że zjedzenie ziemniaka raz na jakiś czas nie będzie miało wpływu na moje samopoczucie – oczywiście byłoby zbyt prosto gdyby to był po prostu ziemniak. Warunki muszą być spełnione. Absolutnie nie zjem frytek, głębokie smażenie to nieprzespana noc. To sprawiło, że łaskawszym okiem patrzę na te bulwy. F. męczył o chipsy od środy. Męczył, męczył i wymęczył.

Chipsy pieczone

chipsy


  • 2 ziemniaki
  • olej kokosowy
  • przyprawy: sól
  • słoik cierpliwości

Ziemniaki należy obrać i pokroić w jak najcieńsze plasterki. Zrobiłam to obieraczką, ale jeżeli macie szatkownicę to bardzo Wam zazdroszczę – tutaj przydaje się słoik cierpliwości. Piekarnik nagrzać do 220 stopniu na termoobiegu.

W misce wymieszać ziemniaczane plasterki z olejem kokosowym, muszą pokryć się równomiernie. Rozłożyć na blaszce wyłożonej papierem do pieczenie każdy osobno i posolić.

Wstawić do piekarnika i obserwować z nosem przyklejonym do szyby przez 5 minut. Wyciągnąć, przełożyć do miski i wsadzić następną partię.

chipsy1chipsy2


Pierwsze podejście przyznam się szczerze spaliłam, odkleiłam nos od szyby. Jeść, nie jadłam – no dobra, jednego na spróbowanie. Nie dla siebie to robiłam i w sumie nigdy chipsów specjalnie nie lubiłam. F. smakowały – to największy komplement! Może to nie super zdrowa opcja, ale zdrowsza niż sklepowa. Dla uśmiechu syna – wszystko.

Nie wykluczone, że co jakiś czas pojawi się tutaj wpis spoza moje strefy jedzeniowej. Nie odmawiam F. przyjemności więc o ile umiem i mogę staram się mu ją sprawiać po mojemu.

ps. tytuł się zmienił, a wszystko za sprawą dobrej rady, dziękuję.

Urodziny – jesienne brownie z banana.

Mam tradycję z czasów kiedy piekłam namiętnie: kiedy zbliża się ten jeden dzień w roku szukam wyjątkowego ciasta. Takiego które doda mi otuchy, że bliżej mi już do trójki z przodu. Plany na ten rok były wielkie, ot ciasto hiszpańskie, pomarańczowe z mąką migdałową – takie fifarafa. Kiedy jednak przyszło co do czego to jednak prostota zwyciężyła. Dostałam od rodziców znów śliwek więc dodałam je do chyba jedynego obecnie ciasta, które mogę nazwać: comfort food.

Jesienne paleo brownie

brownie jesien


  • 2 banany
  • 1/4 upieczonej dyni
  • 2 jajka
  • 3,5 łyżki mąki kokosowej
  • 1 łyżka surowego kakao
  • 1/2 tabliczki gorzkiej czekolady (najlepiej Raw Cocoa)
  • 6 śliwek przekrojonych na połowy, bez pestek
  • olej kokosowy do wysmarowania formy

Banany, dynię i jajka zmiksować na gładki krem.

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej. Dodać razem z łyżką kakao do bananowej masy i dokładnie zmiksować.

Wmieszać mąkę kokosową – dodać wpierw dwie łyżki i obserwować konsystencję ciasta. Nie może być zbyt gęste, jeżeli takie będzie można dodać wody kokosowej lub mleka kokosowego (ok. łyżki). Jeżeli jest potrzeba dodać więcej mąki, maksymalnie 3,5 łyżki.

Przełożyć masę do formy wysmarowanej olejem kokosowym, jeżeli jesteście w posiadaniu silikonowej to nie trzeba smarować. Udekorować z wierzchu śliwkami. Piec w 200 stopniach przez 30 minut, zmniejszając grzanie na ostatnie 5 minut do 180 stopni.

Jest smaczne na ciepło, ale polecam odstawienie go do lodówki na minimum godzinę. Nabiera czegoś fajnego.

brownie jesien 2


Całą siłę woli włożyłam w to żeby nie zjeść tego ciasta tu i teraz, całego. Urodzinowy wypiek zaliczony, mogę się starzeć.

To już. Nastał dzień, który nic nie zmienia. Teoretycznie jestem starsza o rok, ale praktycznie czuję się dużo lepiej niż rok temu mogłabym się spodziewać. Odkryłam swoją pasję do tak zwanego czystego jedzenia, oduczyłam się łatwych rozwiązań i poznałam nowe smaki. Miłość do dyni, która powoli rok temu we mnie kiełkowała dziś osiągnęła apogeum. Sentyment do paleo (którego się bałam) też się pojawił. Przygoda!