Detoks Cukrowy 2017

Cook It Lean napisała już to co powinno być napisane od Matki Założycielki, więc pora na moje skromne trzy grosze. Podsumujmy ostatnią edycję Detoksu organizowaną jako wydarzenie.. tak, dobrze przeczytaliście – decyzja była wspólna. Zanim jednak przedziemy do moich tłumaczeń kilka słów o tym co już za nami!

zknsvqbrspe-markus-spiske.jpg

  • Trzy!

To była moja trzecia edycja w grupie . Pierwszą przeszłam jako uczestnik – spontanicznie. Dzień przed zachciało mi się zmian życia i przypadkiem trafiłam do wydarzenia. Jak to często bywa w moim przypadku: na farcie, bo Detoks okazał się strzałem w dziesiątke jeżeli chodzi o uregulowanie organizmu. Pozbyłam się uzależnienia od słodkiego, zmieniłam przyzwyczajenia na lepsze i zerwałam ze starymi nawykami. Złe one nie były, ale okazały się nie do końca dobre dla mnie. Rok później już pełniłam rolę gospodynia i tak mi już zostało. Dawało mi to dużo satysfakcji, bo mam ogromną wewnętrzną potrzebę pomagania, doradzania i ogólnie bycia potrzebną. Taki urok jak się ma na imię Kasia.

  • Dużo!

Wsparcia. Ta edycja od samego początku była dla Nas (gospodyń) zaskoczeniem. Wasze zaangażowanie przerosło wszystkie oczekiwania, kryzysy na które się przygotowywałyśmy nie nadeszły i ogólnie okazało się że sami sobie świetnie radzicie. Żadne pytanie nie pozostawało bez odpowiedzi, szybko reagowaliście na produkty niezgodne z ‚tabelką’ i co najważniejsze wrzucaliście mnóstwo zdjęć ku inspiracji. Mimo że znajomi pewno mieli dość spamu. Obyło się bez udawanych słodyczy i dogadzania sobie jedzeniem, a hitem były klopsy. Nie siemianka lub frytki jak bywało to wcześniej. Od samego początku kształtowaliście dobre nawyki. Chociaż plan zakładał, że na początku będę groźnym policjantem to udało się ograniczyć moje ‚złe miny’ to minimum :).

  • Jeszcze więcej!

Co mnie dał Detoks? Inspirację i powrót do równowagi po rozchwianym okresie świątecznym. Po raz kolejny utwierdził mnie, że moje ‚furtki’ to zawsze będą najwięksi wrogowie mojego dobrego samopoczucia. Wyzbyć się ich nie umiem, to chociaż je okiełznam. Ostatni dzień Detoksu niestety zbiegł się u mnie z jelitówką, więc można powiedzieć, że zakończyłam z przytupem. Dał mi wiele przemyśleń, o których za chwilę i prywrócił równowagę. Cel spełniony, żyjmy dalej.

ifgve61aano-thomas-gamstaetter

  • Ostatni!

Decyzja, którą nieświadomie podjęłyśmy wspólnie z innymi gospodyniami. Chyba po prostu zbiegły nam się jednocześnie myśli. Radziliście sobie doskonale sami, nasza doskokowa obecność okazała się wystarczająca i to dało mnie do myślenia. Osobiście ja już nie potrzebuję Detoksu w takiej formie jak jest teraz. Nie jest on dla mnie zmianą tak wielką, żeby wpływał na jakość życia. Chociaż przywraca do równowagi to nie różni się wiele od żywienia, które obecnie stosuje i które tą równowagę zachowuje. Natomiast ograniczenie węglowodanów, zrezygnowanie z owoców czy ziemniaków, wydaje się zbyteczne. Jest trochę na siłę już – to z inne produkty powinnam w codziennej diecie ograniczać i ja doskonale wiem jakie. Przeprowadziłyśmy burzę mózgów, chociaż cała ta rozmowa łatwa nie była to w jednym się zgodziłyśmy: dość i każde z nas miała swoje własne powody.

Nie dlatego, że jesteśmy złośliwe i już w Was nie wierzymy. Wręcz przeciwnie! Jesteście silni sami w sobie. Satysfakcja to za mało przy moim dynamicznie zmieniającym się życiu, chociaż piszę to ze smutnym grymasem – to czas z gumy nie jest. A ja go mam coraz mniej i wolę go poświęcić rodzinie, przyjaciołom i pasji. Takie życie.

  • Wszystkie materiały zostają u Kasi na blogu (macie link na początku).
  • Ja też nie mam zamiaru pozbywać się tagów i zakładki Inne. Mam do nich emocjonalny stosunek i sentyment.
  • Wydarzenia będą tworzone na miarę waszych potrzeb w grupie Czystożercy, jedyne co to dawajcie znać Matce Założycielce co do terminu.
  • Organizując wydarzenia poza grupą Czystożercy pamiętajcie o zwykłej grzeczności jaką jest wspomnienie skąd czerpiecie źródła, inspirację i dawkę wiedzy.
  • ‚Rola gospodyń’ zostaje zawieszona. Oznacza to, że dajemy Wam pole do popisu w kwesti wsparcia oraz pilnowania się wzajemnie – przechodzimy na zasłużoną emeryturkę (kokos w dłoń!).

etykieta_detoksu

 

Reklamy

Życie a internety.

Spotkała mnie ostatnio sytuacja bardzo nieprzyjemna – zostałam obrażona przez anonimową osobę z internetów. Musiałam interweniować na grupie Czystożercy. Osoba ta naruszała zasady, okazało się również że wypisywała niemiłe wiadomości do pozostałych adminów i wprowadzała nerwową atmosferę. Trudno, zagryzłam zęby i na jeden wieczór miałam gorszy humor niż zwykle – ‘hejter’ osiągnął zamierzony cel. To mi jednak dało do myślenia, na tyle żeby napisać osobny post na ten temat, bo przyszła refleksja: czy to na pewno ja mam problem?

black-and-white-person-woman-girl

Gdzie zaciera się granica między internetem i życiem, co sprawia że ludzie zapominają o całym świecie i uzależniają swoje być albo nie być od ‘grupy na facebook’u’. Nie czuję się specjalistą w zakresie uzależnień, ale wydaje mi się to już sporą fiksacją jeżeli brak bodźca wywołuje aż taką agresję. Nie jestem idealna, miałam swój epizod kiedy nie mogłam odejść od ‘fejsa’, bo wszystko wydawało się tak wciągające. Musiałam odpowiedzieć na każde pytanie, polubić każdy post i skontrolować każdego człowieka. Tylko, że to minęło po jakimś czasie. Teraz przyglądam się jak mam czas, wiem że zawsze znajdzie się ktoś kto udzieli odpowiedzi. Przestałam po prostu czuć presję odpowiedzialności i wydaje mi się ten okres fascynacji czymś całkowicie normalnym. O ile mija..

Przejdźmy jednak do tego co mówią same o sobie internety:

Uzależnienie od Internetu jest uzależnieniem, jak każde inne. Zdefiniowane jest ono jako  kompulsywna utrata kontroli impulsów … Gry online, zakupy przez Internet, korzystanie z portali społecznościowych, czat,  maraton surfowania po stronach internetowych – wszystko to składa się na uzależnienie od Internetu.
Jak przebiega proces uzależnienia?
W początkowej fazie Internet wywołuje zainteresowanie i sprawia przyjemność. Na tym etapie użytkownik poznaje i racjonalnie wykorzystuje dostęp do Internetu. Następnie osoba ta coraz więcej czasu poświęca na korzystanie z Internetu. Traci inne zainteresowania. A gdy nie może skorzystać z dostępu do Internetu pojawiają się natrętne myśli na jego temat. Jest to już faza uzależnienia. Następnym krokiem jest zaniedbywanie obowiązków, rodziny i przyjaciół. Cała aktywność osoby uzależnionej skupia się wokół Internetu. Wszelkie inne działania i aktywności są mniej istotne. Bycie „w sieci” przyjmuje postać codziennych, wielogodzinnych a często nawet nieprzerwanych sesji, których skutkiem bywa spiętrzanie się problemów zawodowych, rodzinnych, szkolnych, czy towarzyskich. Dochodzi do tego, że osoba uzależniona ogranicza czas na sen, odżywianie, naukę czy pracę – po to tylko, by mieć go więcej na dostęp do Internetu i korzystanie z niego w wybrany przez siebie sposób (granie, czatowanie, portale społecznościowe, inne). Jest to faza destrukcyjna uzależnienia od Internetu i może się ona niekorzystnie odbijać na stanie zdrowia osoby uzależnionej.
Objawy mogące występować u osób uzależnionych to zaburzenia koncentracji uwagi i sprawności myślenia, zaburzenia kontroli popędów, pogorszenie wzroku, bóle pleców i kręgosłupa, podatność na infekcje, bezsenność, nadpobudliwość.

W całym tym naszym pędzie za zdrowiem, zapominamy że aby czuć się dobrze trzeba być w równowadze. Odejść od komputera i poświęcić czas na jakąś aktywność. Dać trochę siebie rodzinie i odejść od schematu elektronicznego. Jak sami pewno wiecie większość chorób (na tle nerwowym) wynika ze źle skumulowanych emocji i zbytniego skoncentrowania na tym co nie istotne.

Zastanówcie się czy warto poświęcać siebie, swoje relacje z bliskimi dla ‘jakiejś’ społeczności internetowej. Niezależnie od tego jak fajni są tam ludzie, to nie jest życie. To tylko miejsce, które ma służyć inspiracji i wymianie poglądów. Nie może wpływać na realne emocje. Powodować złości, smutku czy zbyt dużej euforii. Jakość naszego dnia nie może zależeć od tego co ktoś napisał w internecie. Możecie spróbować zrobić eksperyment: wylogujcie się na kilka dni z sieci. Zobaczycie, że jak wrócicie to świat się bez Was nie zawali. Co Wy zyskacie w ten sposób? Trochę spokoju ducha, potrzebny dystans i najważniejsze: życie. To prawdziwe.

Obserwuje jeszcze jeden niebezpieczny trend ostatnio: pogoń za wiedzą. Nie ma nic złego w ciągłym rozwoju, ale kiedy zaczyna nam się mieszać w głowie i mamy więcej pytań niż odpowiedzi trzeba się zatrzymać. Internet to potężne źródło sprzeczności i to potrafi strasznie namieszać. Od zawsze mówię: obierzcie swój indywidualny kierunek i się go trzymajcie. Nie macie pewności, która racja jest słuszna? Wasza! Jeżeli ‘coś czujecie’ i idealnie pasuje Wam to do poglądów to nie zmieniajcie decyzji tylko dlatego, że ktoś coś napisał gdzieś. Przykładów można mnożyć wiele, ale to blog kulinarny więc – jeżeli nie lubicie brukselki (powoduje złe samopoczucie, chorobę układu trawiennego itp.) to jej nie jedźcie, choćby całe internety piały o jej zdrowotnych właściwościach. Nie przyjmujcie wszystkiego jako prawa absolutnego, dostosujcie każdą informację do siebie i róbcie tak, żeby czuć się dobrze ze sobą. Może to też dobry moment na zweryfikowanie kogo obserwujecie? Bo dlaczego niby poglądy gościa, które z założenia są sprzeczne z Waszymi mają mieć jakikolwiek wpływ. Przecież wchodząc na jego profil/stronę z góry już wiadomo, że nie znajdzie się tam nic co mogłoby rozwiać wątpliwości. Ewentualnie na pewno znajdzie się coś co je pogłębi i odrobina kłótni z awanturką.

Czy mam złotą radę na koniec? Złapcie oddech zanim kogoś obrazicie. Zastanówcie się czy naprawdę jest się o co złościć. Bo jeżeli powód jest ‚słaby’ o może po prostu wpadliście w sidła nadmiernej fiksacji i właśnie ktoś nam zrobił przysługę (na dłuższą metę). Słowa mają potężną moc i czasami jednak lepiej się powstrzymać. Cała ta sytuacja dała mi dużo do myślenia, bo jak chcemy być zdrowi skoro hodujemy w sobie takie małe potworności. Wpierw ta wiadomość doprowadziła mnie do białej gorączki, ale potem dotarło do mnie, że to nie ma sensu – po co fundować sobie kolejny atak choroby przez kogoś kto spędził pół dnia przeżywając usunięcie z grupy na facebooku i wieczorem wciąż ział agresją na cały świat.

Być bohaterem.

Żaden ze mnie bohater, a na pewno nie pozytywny. Oni nie bywają smutni, źli i nie mają złośliwych myśli. Kochają ptaszki, wielbią ziemię po której łażą robaczki i rozpływają się nad zachodami słońca w piękne letnie wieczory gdy bryza znad morza lekko owiewa ich zmarszczone pod naporem chwili czoła! Popłynęłam.. Dlaczego to piszę? Bo ostatnio ugięłam się pod naporem (ale nie chwili tylko raczej czegoś bardziej przyziemnego) życia. Straciłam wiarę w siebie, zgubiłam chęć do bycia lepszą wersją mnie i gdzieś w tym wszystkim po prostu egzystowałam. Z dnia na dzień uciekł mi wpierw jeden tydzień, potem drugi aż w końcu obudziłam się w innym miesiącu. Wpierw próbowałam wbić się sama w nowy rytm życia i siłą rozpędu znów wypadłam gdzieś w innym punkcie. Trudno. Objawiło się jednak moje ‚głupie szczęście’ kiedy ktoś wypowiedział kilka razy pod rząd słowa: dasz radę! i ja mu uwierzyłam. Znów się okazało, że na dobre konie w życiu postawiłam – wszystko się prostuje. Prę w przód siłą rozpędu, ale już umiem się zatrzymać i złapać oddech z refleksją. No to tym zacnym wstępem przejdę mniej zgrabnie do tego o co mnie chodziło od początku: przepraszam! To miejsce ucierpiało na moim równaniu w dół, nie zgubiłam zapału ale gdzieś zapodziała mi się kreatywność. Wpis ten jednak chciałam poświęcić czemuś innemu skoro już liznęłam temat ‚jak żyć’.

Wciąż napotykam ludzi, którzy za wszelką cenę chcą być bohaterami (jestem pewna, że ma w tym udział pewna mniej lub bardziej znana reklama). Ale czy warto? Poświęcamy tak dużo czasu żeby być najlepszymi. Koncentrujemy się na tym, że nasze życie musi być pod linijkę. Skoro gdzieś ktoś powiedział, że jesteśmy paleo to dajemy z siebie w tej materii wszystko. Odrzucamy w kąt produkty potencjalnie szkodliwe, wyrzucamy z myśli idee pieczenia na mąkach z orzechów i rzucamy w kąt te wszystkie folie, amelinium i nieprzystosowane pojemniki. Głównym marzeniem staje się domek w lesie, strzelba myśliwska (tudzież dzida!) i małe poletko marchewek – dajemy z siebie wszystko. A pozostaje pytanie czy warto? Bo o ile nie można odmówić że szkodliwość istnieje to czy istotnie jest ona tak bardzo wielka. Czy to jedno ciasto na mące migdałowej sprawi, że jutro będziemy kopać grób za pomocą oczywiście tego nieszczęsnego pojemnika. Bo czy to paleo to jest na pokaz czy może jednak dla nas? Czy trzeba krzyczeć na całe gardło żeby świat to usłyszał czy może jednak żyć sobie po cichu w zgodzie z sobą. Miałam moment zafiksowania, takiego totalnego. Wydawało mi się, że jedno odstępstwo i koniec, próbowałam być bohaterem na siłę i ratować własną twarz w oczach innych. Nagle (bo tak już mam) dotarło do mnie jednak, że to ja mam czuć się dobrze! To mój styl życia, to moja dieta i jeżeli jestem w stanie znieść jednego pryszcza więcej na twarzy bo mam ochotę zjeść ser – to jest moja sprawa. Zamiast bronić mojego paleo talerza przed innymi, musiałam zacząć bronić się trochę przed tym paleo talerzem. Przed zamknięciem w schemacie.

Odniosłam się bezpośrednio do diety, bo tak łatwiej mi dobrać słowa, jednak ‚bycie bohaterem’ ma więcej wymiarów. Zastanówcie się czy warto wykłócać się z innymi broniąc utartych schematów czy nie lepiej wsłuchać się w ich słowa. Przemyśleć. Wykazać odrobiną tolerancji do cudzego zdania, bo może z niego płynąć jednak życiowa mądrość. Taka którą niekoniecznie dopasujecie do swojego życia – ale ona z Wami zostanie. Bądźcie bohaterami dla siebie samych. Wychodźcie poza schematy, rozszerzajcie strefy komfortu i nie pozwólcie zagubić się w całym tym ‚nacisku informacji’ własnemu ja. Cele, które stawiacie przed sobą muszą być realne, dawać przyjemność i pozytywnego kopa. Pozytywnego! Zmęczenie materiału, wyczerpane nadnercza czy przekrwione oczy to znak, że bierzecie za dużo – znów równanie do kogoś, a nie do siebie.

Polecam zatrzymać się. Wsłuchać. Znaleźć siłę.

strength-strong-toy-action-figure