Wiosenna wątróbka.

A na wszelkie pogody i niepogody duszy mej – wątróbka. Szybko się robi, nie przysparza zawodów i zawsze, ale to zawsze smakuje. Trochę to dziwne biorąc pod uwagę jak bardzo kiedyś jej nie lubiłam. Minęło mi.

Wątróbka wiosenna

wątróbka


  • 0,5 kg wątróbki z indyka
  • 1/2 brokuła
  • 2-3 cebule dymki razem z zieleniną
  • 1 łyżeczka curry
  • Przyprawy: sól, pieprz, bazylia
  • tłuszcz do smażenia

1. Wątróbkę opłukać, zdjąć błonki i pokroić delikatnie na mniejsze kawałki. Cebulę dymkę poszatkować dowolnie, zieleninę pokroić i odłożyć na bok razem z różyczkami brokuła.

2. Na rozgrzanym na patelni tłuszczu zeszklić cebulę i dodać wątróbkę. Doprawić przyprawami oraz curry i obsmażyć z każdej strony (zajmuje to kilka minut). Dodać brokuła, podlać 1 łyżką wody i dusić pod przykryciem przez 15 minut. Po tym czasie dorzucić poszatkowaną zieleninę, przykryć pokrywą i trzymać na średnim grzaniu przez około 5 minut.


To mój obiad do pracy więc nie wylądował na talerzu tylko bezpośrednio w pudełku. Nie obserwowałam sąsiednich okien, ale myślę że widok mnie na balkonie w piżamie robiącej zdjęcia pudełku z jedzeniem mógł być tym co poprawiło kilku sąsiadom krakowskie bure dni. Rześkie, ale wciąż bure dni.

Reklamy

Makrelove love.

Najfajniejsze w sobocie są treningi. No może zaraz po zakupach, ale jednak. Są rano! A to oznacza obiad rozpusty. Ostatnio popadłam w pewną monotonię, bo przeważnie wracam z zakupów, wstawiam buraka w folii na pół godziny do piekarnika i wychodzę na trening. Przed wyjściem oczywiście piekarnik wyłączam, ale nie otwieram. Jak wracam z treningu to mam cieplutkiego buraczka do starcia na tarce jako dodatek do obiadu. Dziś do buraka dołączyła makrela, też ‚zamarynowana’ przed treningiem, po treningu przeniosła się tylko z lodówki do pieca, a następnie na mój talerz. No i ten koperek (tak trzymam zioła w wazonie z kwiatkami). Jak go tylko zobaczyłam na Kleparzu był mój – młody, pachnący i taki cały tylko dla mnie.

Makrela pieczona z currySONY DSC


  • 1 makrela (patroszona)
  • ½ łyżeczki curry (sypkiego, nie pasty)
  • ½ łyżeczki bazylii (suszonej)
  • 1 łyżeczka soku z cytryny lub 2 plasterki cytryny
  • Olej kokosowy
  • Sól, pieprz

1. Makrelę umyć i osuszyć. Natrzeć  z każdej strony solą, pieprzem i curry. W środku dodatkowo posypać  bazylią. Odłożyć do lodówki na minimum 30 minut.

2. Nagrzać piekarnik do 200 stopni. Makrele wyjąc z lodówki, przełożyć na blaszkę (lub do naczynia żaroodpornego). Polać roztopionym olejem kokosowym oraz sokiem z cytryny (w przypadku plasterków można jeden wsadzić do środka, natomiast drugi położyć z wierzchu).

3. Wstawić do nagrzanego pieca i od razu zmniejszyć temperaturę do 180 stopni. Piec około 20 minut. Przez pierwsze 5 na termoobiegu. Na resztę czasu zmienić grzanie na górny grill.

SONY DSC


Jest tam też jajko. Zostało mi jedno samotne, bez pary to wrzuciłam je do jajowaru. Tak, poznaliście moją tajemnicę, nie umiem gotować jajek. Nigdy nie wychodzą takie jak mam ochotę. Mam jajowar do mikrofalówki.

#asienażar to twór, który powstał na grupie wsparcia detoksu cukrowego. Ten cudowny hasztag oznacza dla mnie tyle co: zjadłam do pełna, udało się nie przejeść, teraz mi błogo i dobrze. Nie chodzi natomiast tutaj o to tutaj, żeby się nażreć (brzydko mówiąc) do nieprzytomności. Tak samo jak w całym detoksie/paleo nie chodzi o to, że teraz można jeść ile się chce z dozwolonej listy. Cała zabawa polega na tym, że je się tyle ile chce organizm, intuicja podpowiada kiedy skończyć i stosując się do zasad nie zdarzyło mi się jeszcze nigdy przejeść do bólu żołądka. Czasami jest to więcej, czasami mniej i zdarzało się, że zmieniałam się na 30 minut w kulkę obfitości, ale uczucie ociężałości (bez bólu brzucha) mijało po 30 minutach i pojawiał się ‚power’ do działania. Fakt – objętościowo jem czasami obficie, ale są to warzywa. Coś co jest bogate w składniki odżywcze, co daje mi to moje upragnione i wywalczone zdrowie. Trzeba umieć słuchać siebie. Mnie jest błogo, mogę wkroczyć w drugą połowę dnia, która minie mi na sprzątaniu.

Jednogarnkowy indyk.

M. poprosił o poniedziałkowe gotowanie. Sama się zaproponowałam w sumie, więc od 3 tygodni kucharzę dla ślubnego pierwszy raz od początku walki o siebie. Fajnie tak robić dobre rzeczy – fakt, dwa poprzednie obiady były mało w duchu tego co ja jem (luźno pojętego paleo jak się okazało), ale ten dzisiejszy. Człowiek paleo gotuje dla człowieka nie paleo w sposób paleo. Masło maślane, boczek boczkowy.

Jednogarnkowy indyk na ostroindyk na ostro gdy gotowy


  • 400 g mięsa z indyka na gulasz (pierś)
  • 2 pomidory (pelati, malinowe) lub ½ puszki pomidorów
  • 1 czerwona papryka
  • 2 papryki peperoni
  • 1 łyżeczka pasty zielonego curry
  • 1 cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • Przyprawy: sól, pieprz, garam masala ( ½ łyżeczki)
  • Tłuszcz (smalec, masło klarowane)

1. Cebulę i czosnek poszatkować i zeszklić na tłuszczu w garnku (najlepiej z grubym dnem – nie mój). W międzyczasie pokroić papryczki peperoni raczej drobno, dorzucić do rondla i zamieszać. Podsmażyć 2 minuty mieszając co chwilę.

2. Dodać curry. Energicznie mieszać i gdy zacznie pachnieć dorzucić pokrojonego w kostkę indyka. Obsmażyć mięso z każdej strony.

3. Paprykę czerwoną pokroić dowolnie i dorzucić do garnka. Zamieszać, zakryć pokrywką i dusić na średnim ogniu przez 10-15 minut.

indyk na ostro w połowie

4. Dodać pół puszki pomidorów, zakryć ponownie i dusić kolejne 20 minut. Po tym czasie zdjąć pokrywkę i odparować nadmiar sosu.


Zaspać rano oznacza jeść w pracy. Pierwszy raz od zawsze w sposób wcześniej nie zaplanowany. Zdarzyło się wcześniej może dwa razy, kiedy miałam badania krwi. Dziś natomiast totalny chaos – zmiana czasu, zmiana rytmu, organizm jeszcze nie wie. Porwałam z lodówki warzywa, które miały być na kolację i puszkę tuńczyka. Wyobraźcie sobie: obiad na kolację jedzony na śniadanie. Tadam! :)

Edit. Drugie zdjęcie przedstawia produkcję w połowie, bez pomidorów. Można zakończyć już na tym etapie.