Testing, testing..

Nadeszła ta chwila kiedy ja porwę się na ocenę produktu, zaznaczam tutaj że subiektywną. Piszę opinię na podstawie własnych odczuć i pod wpływem chwili – zadowolona jestem niezmiernie!

Wolnowar

Urodziny mam wprawdzie za jakiś czas jeszcze, ale M. postanowił bogatszy o wiedzę czego chce sprawić mi prezent już teraz. Nie żebym przekonała go wizją mniejszych rachunków, ograniczenia smażenia do niezbędnego minimum i pięknymi oczami. Jak już dowiedział się czego moje serce pragnie najbardziej – postanowił nie czekać. I chwała mu za to!

Uposażył mnie w nową kuchenną zabawkę: Wolnowar, najprostszy model Russel Hobbs Cook@Home (19790-56 gdyby kogoś interesowały cyferki). Model nie skomplikowany: naczynie, pokrywka, grzałka i pokrętło nie wymagające studiów. Oczywiście jako typowa baba najważniejsze było dla mnie czy pasuje do mojej wymuskanej fioletowej kuchni – pasuje! Jest oszczędny w formie, nie ma żadnych bajerów. Wizualnie robi wrażenie bardzo poprawne i solidne.

wolnowar

Producent w instrukcji obsługi (która swoją drogą jest jak całe urządzenie, nie przesadzona i zaopatrzona w kilka podstawowych rad) wymienia zalety wolnego gotowania:

zdrowie – proces wolnego gotowania zmniejsza utratę witamin i zachowuje więcej składników odżywczych i smakowych

oszczędność – długie powolne gotowanie umożliwia zmiękczenie i skruszenie tańszych, twardszych mięs zużywając tylko jedną czwartą mocy na małym palniku przeciętnej płyty

wygoda – przygotuj składniki poprzedniego dnia wieczorem, włóż do wolnowaru, smaczny posiłek czeka, kiedy wrócisz do domu

Brzmi pięknie, prawda? I takie właśnie jest. Wprawdzie nie miałam tańszego mięsa, ale twarde na pewno, które idealnie nadawało się do testu. Zaopatrzyłam się w weekend nieświadomie w piękną wołowinę, wołała do mnie zza szyby w sklepie – taka była ładna. Jak to ja standardowo – zaopatrzyłam się, ale pomysłu nie miałam, więc wolnowar spadł mi z nieba w poniedziałek. Wrócę jednak do tego za chwilę, wpierw trochę jeszcze o samym sprzęcie.

  1. Opcje gotowania mamy tutaj trzy: tradycyjne wolne oraz szybkie duszenie. Dodatkowo ostatnia funkcja na pokrętle służy do podtrzymywania temperatury tego co już jest w garze.
  2. Producent zaleca przed włożeniem składników do naczynia rozgrzać je (poziom 2) oraz żywność obsmażyć na patelni – przepisy w internecie widziałam różne, nie wszystkie trzymały się tej zasady.
  3. Wolnowar zajmuje jednak na moim ograniczonym blacie trochę miejsca, wyparł więc nie używany od wieków mikser i dostojnie zasiadł obok ekspresu i blendera (brata z tej samej firmy)
  4. Jedyny minus tego modelu to brak możliwości włożenia naczynia do piekarnika, nie nadaje się niestety. Mam za to szklaną pokrywkę i mogę na bieżąco kontrolować wygląd potrawy. No i ten komplet mogę wsadzić do zmywarki, więc jakoś przeżyję bez piekarnika.
  5. Zapach – rzeczywiście jest przyjemniejszy niż podczas tradycyjnego gotowania. Nie tak intensywny, a do tego nie ma szans żeby pojawiła się w nim choć drobna nutka spalenizny (no chyba że pomylicie programy..)
  6. Potrawy do przygotowania w wolnowarze to przede wszystkim gulasze, pieczenie oraz długo ‚pyrkające’ buliony. Wiem też o robieniu mleka kokosowego (maya.the_bee – to ta Pani na to wpadła). Ogólnie mam zamiar kombinować teraz na całego.

Wracając do gulaszu, oto i on.

gulasz


  • 400 g wołowiny
  • 1 kalarepa
  • 1 marchewka
  • 1 cebula
  • 200 g pieczarek
  • 3 średnie pomidory lub 1/2 puszki nie krojonych
  • Przyprawy: sól, pieprz, rozmaryn
  • olej kokosowy

1. Wrzucić drugi poziom w wolnowarze na 20 minut, niech się rozgrzeje.

2. Mięso pokroić w średnią kostkę, natrzeć olejem kokosowym i pieprzem. Odstawić na czas krojenia warzyw: cebulę w piórka, kalarepę z marchewką w kosteczkę i pieczarki dowolnie. Wołowinę obsmażyć na mocno rozgrzanej patelni z każdej strony. Przełożyć do naczynia wolnowaru, zmniejszyć grzanie do jedynki.

3. Na tej samej patelni obsmażyć wpierw cebulę, dorzucić pokrojone pieczarki i gdy puszczą wodę dosypać marchew z kalarepą. Przemieszać i przytrzymać na patelni przez około 5 minut. Przykryć warzywami mięso.

4. Znów nie myjąc patelni obsmażyć niedbale pokrojone pomidory, aż będą miały konsystencję rzadkiego sosu z kawałkami. Przełożyć do wolnowaru – patelnię można umyć!

5. Doprawić do smaku, podlać wodą w razie konieczności (ok. pół szklanki wrzątku) i bardzo delikatnie przemieszać. Zakryć pokrywką i zapomnieć na 8-10 godzin, ewentualnie tak jak ja można iść spać.


Jakie mam wrażenia już po pełnym teście? No jest genialnie. Samo się robi! Przygotowanie składników zajęło mi akurat te 20 minut kiedy wolnowar się rozgrzewał, więc i tak oszczędność czasu. Do tego ten zapach jak rano wstałam. Uważam, że 80% smaku tkwi właśnie w zmyśle węchu, więc najadłam się po prostu po przebudzeniu. M. nie narzekał, że ‚śmierdzi’ więc dla niego chyba też było dobrze. Mięso wyszło miękkie i rozpadające się, a przy tym zachowało cały cudowny smak wołowiny. Warzywa tak samo. Bałam się zupełnie nie potrzebnie rozgotowanej papki.

Jestem zachwycona, polecam wolne gotowanie z całego serca. Już szykuję się do zakupu całej kury w weekend i zrobienia zapasów pulled chicken. Chyba mam nowego najlepszego przyjaciela.


Do wyboru wolnowaru na prezent przekonały mnie dwie recenzje w internecie: Ziołowy Zakątek oraz Gruszka z Fartuszka.

Wpis ten nie jest w żaden sposób sponsorowany (poza moim zachwytem..).

Reklamy

Marchewkowy gulasz.

Leniwa kolacja. Przechodząc dziś przez Kleparz kupiłam gulasz z indyka, tak mi się zamyśliło, że dawno nie kombinowałam na kolację. Ostatnio raczej na talerzu rządziła ilość warzyw i rozłożenie na czynniki pierwsze. Skoro kupiłam gulasz, to zrobiłam gulasz.

Gulasz marchewkowy z indykiem

gulasz indyk


  • 250g gulaszu z indyka (pokrojonego w średnią kostkę)
  • 1 marchewka
  • 1 pomidor
  • 1 suszony pomidor (namoczony w wodzie i odsączony)
  • ½ cebuli
  • Tłuszcz do smażenia
  • Przyprawy: pieprz, sól, bazylia

1. Na patelni rozgrzać tłuszcz i zeszklić na nim cebulę pokrojoną w kostę. Dorzucić mięso i obsmażyć z każdej strony przez kilka minut, następnie dusić pod przykryciem przez 10 minut. Przyprawić solą i pieprzem.

2. W tym czasie obrać marchewkę i zetrzeć na tarce o drobnych oczkach. Pokroić pomidora (zarówno świeżego jak i suszonego) według uznania. Dorzucić warzywa do mięsa i wymieszać. Gotować pod przykryciem przez kolejne 10 minut, doprawić bazylią i dusić jeszcze 5 minut.

gulasz 2Przepis na jedną porcję. Najlepiej smakuje podane w misce i posypane pestkami dyni. Wkroiłam sobie do tego jeszcze rzodkiewki co mi zostały gdzieś w odmętach lodówki. Smaczne, sycące i nie wymagające ode mnie więcej uwagi niż mogę dać.

Marchewkowy zawrót głowy

Indyk, vol. 2

Tak mi się spodobało to co zrobiłam dla M., że musiałam zrobić powtórkę. Zmieniłam tylko danie pod siebie. Dodałam warzywa, które lubię i za którymi tęsknię od jakiegoś czasu. Cena cukinii była zaporowa, więc teraz kiedy lekko poszła w dół musiałam (napędzana hurra optymizmem!) wziąć jedną w sklepie.

Jednogarnkowy indyk łagodnie

indyk vol 2


  • 0,5 kg indyka (u mnie druga część uda z przepisu na curry)
  • 1 pomidor
  • 1 cukinia
  • 1 czerwona papryka
  • 1 łyżeczka czerwonej słodkiej mielonej papryki
  • 1 czerwona cebula
  • 1 ząbek czosnku
  • Przyprawy: sól, pieprz, garam masala
  • Olej kokosowy

1. Cebulę i czosnek drobno poszatkować i podsmażyć w garnku na oleju kokosowym do zeszklenia. Zdjąć z grzania i dodać czerwoną mieloną paprykę, dokładnie rozmieszać. Dorzucić pokrojone w kostkę mięso i postawić z powrotem na grzaniu. Obsmażyć indyka z każdej strony i doprawić przyprawami.

2. Pomidora pokroić w kostkę, dodać do garnka i zamieszać całość. Poddusić około 5 minut na średnim ogniu pod przykryciem. Po tym czasie dodać pokrojoną paprykę i postąpić tak jak po dodaniu pomidora wydłużając czas podduszenia do 10 minut.

3. Cukinię pokroić w ćwiartki oraz dodać na wierzch podduszanej potrawy. Nie mieszając zakryć i dusić jeszcze około 10 minut. Po tym czasie zamieszać całość i podgotować.

4. Warzywa z indykiem przełożyć na talerz (w moim przypadku były to lunchbox’y bezpośrednio), pozostały w garnku sos zredukować i polać nim potrawę.


Podjadałam, aż mi się uszy trzęsły. Ostre nie jest, może i to zwykły gulasz podrasowany trochę przyprawą indyjską, ale robi wrażenie. Przynajmniej na mnie. No i chyba pierwszy raz użyłam do zrobienia go innego mięsa niż ‚sucha pierś’.