Niezbędny „zbędnik” kuchenny.

Widzieliście ten obrazek w sieci? Dwóch jaskiniowców i rozmowa o superfood’s – takie pośmiejmy się trochę z tego neo-paleo. Trzeba przyznać, że jest w tym trochę racji. Dlatego właśnie ‚zbędnik’, bo przekorna natura się we mnie odezwała. To nie jest tak, że bez tego co wypunktuję poniżej nie da się żyć. Oczywiście, że się da. Spędzimy trochę więcej czasu nad potrawą, włożymy w nią zapewne więcej wysiłku i czasem dość mocno będziemy przeklinać pod nosem albo otwarcie. Chcąc jednak oszczędzić Wam nerwów spisałam co w mojej kuchni gra pierwsze skrzypce (pierwszy top five!). Wyobraźcie sobie na przykład, że musicie pociąć makaron z marchewki.

*O wolnowarze już pisałam tutaj, więc pozwolicie że pominę moją ‚żonę’ w tym spisie.

1. Krajalnica spiralna, spiromat (obieraczka julienne lub po prostu temperówka do warzyw)

Skoro zaczęłam od warzywnego spaghetti to rozwinę temat. Pod tymi wieloma nazwami kryją się różne narzędzia, które służą w jednym celu: zrobić naszą marchewkę (cukinię, rzepę, buraka itp.) cienką i długą. Niech nam imituję to co Włosi lubią najbardziej. No własnie tak zapewne myśli ktoś patrząc z boku, ale sprawa nie jest taka jednak prosta. Wygląda jak makaron, ale to jednak nie to. Mogę mówić tylko w swoim imieniu, ale jednak: nie szukam zamiennika, nadaje nowy kształt bo ile można jeść te zakichane kostki i talarki (albo wyrabiać bicka na tarce). Pierwsze co kupiłam to była Julienne i ostrzegam od razu, że nie jest ona dla leworęcznych. Potem w kuchni pojawiły się temperówki i miałam je długo zanim skapitulowałam. Pewnego dnia jednak pojechałam po mojego własnego, prywatnego Lurch’a czyli krajalnicę spiralną. Czemu skapitulowałam? Domycie temperówek mnie przerosło. Osobiście polecam więc spiromat. Zaznaczam jednak, że są tańsze i zajmujące mniej miejsca opcje, którą mogą Wam przypaść do gustu.

2. Blender lub malakser

Bez porządnych ostrzy się nie obędzie, długo mi zajęło odkrycie że porządne ‚paleo’ kruche ciasto potrzebuje nie gniecenia, a zmielenia. Do tego jak tu robić zupy krem, szejki z wątróbki czy lody bananowe bez tego sprzętu – no nie da się. Więc jeżeli jest coś co będzie ciężko i gęsto pracować w Waszej kuchni to właśnie blender.

3. Nóż

Dobry i ostry, obowiązkowo. Do szatkowania tatara, siekania warzyw i rwania stejków. Do każdej z tych czynności inny lub jeden ten sam, ale ważne żeby był dobrej jakości. Z czasem pewnie straci na ostrości i wtedy przydaje się ostrzałka. Najlepiej klasyczna w wersji: wzięłam kamień z ogródka (mam to szczęścia, że nauczyłam się podglądając dziadka jak ostrzyć noże na kamieniu). Czy inne sztućce są potrzebne? Dla cywilizowanego człowieka pewnie tak, ale ja lubię jeść rękami.

4. Młynek do kawy

Tak! Przecież każdy jaskiniowiec mielił orzechy, wiórki kokosowe i siemię lniane na mąkę. No to sobie pożartowałam (sama z siebie..) Ceny mąk bezglutenowych obecnie nie wołają już o pomstę do nieba, ale jednak nie ma to jak satysfakcja ze zrobienia czegoś samemu. Po za tym każdy Czystożerca wie, że najlepsze siemię lniane to te mielone na świeżo. Dobry młynek do kawy przydaję się jednak nie tylko do mielenia kawy.

5. Patelnia

Ano, rzecz prosta bez której te wszystkie omlety, szakszuki i jajecznice byłoby raczej ciężko uzyskać. Dobra patelnia to taka do której nic nie przywiera, ale jej powłoka to nie jest coś co łatwo oskrobać razem z potrawą. Może tutaj przy tym punkcie zatrzymam się na dłużej, bo to temat rzeka (ile kucharek, tyle opinii która to patelnia jest najlepsza). Kupując patelnię przede wszystkim należy zwrócić uwagę na rozmiar i powłokę. To pierwsze jest istotne jeżeli tak jak ja posiadacie kuchnię indukcyjną (zdarzyło mi się kupić patelnię większą jak ‚kółko grzewcze’ – skutek do przewidzenia). Powłoki jakie mamy do wyboru to: ceramiczna/granitowa, tytanowa, marmurowa oraz teflon. Uznaje się, że póki nie zarysujemy teflonu to jest on bezpieczny, ja osobiście korzystam z patelni ceramicznej i jestem nawet zadowolona. Kupując patelnię mam też swoje osobiste kryteria:

  • lekka – bo lubię podrzucić jedzeniem na patelni
  • ze stalową rączką – bo lubię wrzucić patelnię do piekarnika
  • posiadająca pokrywkę – bo lubię dusić na patelni
  • odporna na zarysowania – bo lubię rzeczy trwałe
  • działająca na indukcji – bo lubię jak mi coś działa :)

To by była moja ‚parszywa piątka’. Sprzętów kuchennych używam oczywiście więcej, bo i bez wkładki do gotowania na parze się nie obejdzie (sparowana rzodkiewka to moja skryta słabość – już nie taka skryta).

Podsumowując: każdy musi odnaleźć sobie to co sprawia, że gotowanie staje się przyjemnością a nie smutnym obowiązkiem. Jeżeli ten tekst pomógł Wam choć trochę odnaleźć to coś to się cieszę, jeżeli tylko namieszałam bardziej – przepraszam :) tak już mam.

Reklamy

Tydzień na talerzu IV

Niedziela. Wyruszamy dziś wieczorem w poszukiwaniu przygody. Wyzwanie dla mnie, wyzwanie dla M. i świetna zabawa dla F. Zamiast pakować się intensywnie w weekend to przeżywam go aktywnie. Wczoraj trening, grill u rodziców i na koniec rolki. Czasu mi brakło.

1. Grillowanie z mamą zawsze wygląda tak samo i ma to swój urok. Zaczynamy przygotowania i kończymy 1,5 godziny później niż planowałyśmy. Ja marudzę, że jestem głodna i zagryzam owocami. Mama krząta się po kuchni robiąc dziesięć rzeczy na raz. Siostra zamyka się w pokoju, F. ogląda bajki. Tata w tym czasie stara się zapanować nad chaosem. M. natomiast okupuje kanapę w bliżej nie określonym celu, ale ma w tym cel: nie wchodzić nikomu pod nogi.

*Szaszłyk z indyka, cukinii i boczku. Pałka z kurczaka owinięta boczkiem + nadziewane pieczarki, bakłażan i pomidorki prosto z krzaczka.

2. Posiłki

*Mnie też omlety czasami nie wychodzą i wciąż wyglądają uroczo.

*Bananowa siemianka.

*Omlet marchewkowy po liftingu, bo z batatem. Kiedy myślę, że już nie da się lepiej pojawia się coś takiego i nie ma sobie równych.

*Roladka indycza z boczkiem z wczorajszego grilla.

sniadanie mistrzów

*Śniadanie mistrzów. Sos musztardowy: dijon + sok z cytryny + olej z awokado.

*Perfekcyjne jajko!

3. Postanowiłam w tym tygodniu zaryzykować i wyjść trochę poza strefę komfortu z jedzeniem. Chciałam od dawna spróbować ‚chleba ratującego życie’ czyli innym słowem takiego z ziaren. Zrobienie go jednak w moim odczuciu jest lekko nie opłacalne, więc kiedy w pobliskiej restauracji znalazł się w menu musiałam spróbować. Co z tego wyszło? Kanapka wegańska z kurczakiem! Smaczne i chociaż nie wygląda to sycące. Spróbowałam raz – starczy na razie.

*Dodatkowo resztki gulaszu z mojej paleo-żony: wolnowara.

4. Inne

*Owocowo. Melon z wiórkami kokosowymi i karobem.

Zmieniłam telefon. Na chwilę zniknęłam prawie z Insta – oficjalna aplikacja niszczyła zdjęcia. Na szczęście mam młodszą siostrę i sprzedała mi inną. Lepszą. Wracam!

*Siostra! :) 

Testing, testing..

Nadeszła ta chwila kiedy ja porwę się na ocenę produktu, zaznaczam tutaj że subiektywną. Piszę opinię na podstawie własnych odczuć i pod wpływem chwili – zadowolona jestem niezmiernie!

Wolnowar

Urodziny mam wprawdzie za jakiś czas jeszcze, ale M. postanowił bogatszy o wiedzę czego chce sprawić mi prezent już teraz. Nie żebym przekonała go wizją mniejszych rachunków, ograniczenia smażenia do niezbędnego minimum i pięknymi oczami. Jak już dowiedział się czego moje serce pragnie najbardziej – postanowił nie czekać. I chwała mu za to!

Uposażył mnie w nową kuchenną zabawkę: Wolnowar, najprostszy model Russel Hobbs Cook@Home (19790-56 gdyby kogoś interesowały cyferki). Model nie skomplikowany: naczynie, pokrywka, grzałka i pokrętło nie wymagające studiów. Oczywiście jako typowa baba najważniejsze było dla mnie czy pasuje do mojej wymuskanej fioletowej kuchni – pasuje! Jest oszczędny w formie, nie ma żadnych bajerów. Wizualnie robi wrażenie bardzo poprawne i solidne.

wolnowar

Producent w instrukcji obsługi (która swoją drogą jest jak całe urządzenie, nie przesadzona i zaopatrzona w kilka podstawowych rad) wymienia zalety wolnego gotowania:

zdrowie – proces wolnego gotowania zmniejsza utratę witamin i zachowuje więcej składników odżywczych i smakowych

oszczędność – długie powolne gotowanie umożliwia zmiękczenie i skruszenie tańszych, twardszych mięs zużywając tylko jedną czwartą mocy na małym palniku przeciętnej płyty

wygoda – przygotuj składniki poprzedniego dnia wieczorem, włóż do wolnowaru, smaczny posiłek czeka, kiedy wrócisz do domu

Brzmi pięknie, prawda? I takie właśnie jest. Wprawdzie nie miałam tańszego mięsa, ale twarde na pewno, które idealnie nadawało się do testu. Zaopatrzyłam się w weekend nieświadomie w piękną wołowinę, wołała do mnie zza szyby w sklepie – taka była ładna. Jak to ja standardowo – zaopatrzyłam się, ale pomysłu nie miałam, więc wolnowar spadł mi z nieba w poniedziałek. Wrócę jednak do tego za chwilę, wpierw trochę jeszcze o samym sprzęcie.

  1. Opcje gotowania mamy tutaj trzy: tradycyjne wolne oraz szybkie duszenie. Dodatkowo ostatnia funkcja na pokrętle służy do podtrzymywania temperatury tego co już jest w garze.
  2. Producent zaleca przed włożeniem składników do naczynia rozgrzać je (poziom 2) oraz żywność obsmażyć na patelni – przepisy w internecie widziałam różne, nie wszystkie trzymały się tej zasady.
  3. Wolnowar zajmuje jednak na moim ograniczonym blacie trochę miejsca, wyparł więc nie używany od wieków mikser i dostojnie zasiadł obok ekspresu i blendera (brata z tej samej firmy)
  4. Jedyny minus tego modelu to brak możliwości włożenia naczynia do piekarnika, nie nadaje się niestety. Mam za to szklaną pokrywkę i mogę na bieżąco kontrolować wygląd potrawy. No i ten komplet mogę wsadzić do zmywarki, więc jakoś przeżyję bez piekarnika.
  5. Zapach – rzeczywiście jest przyjemniejszy niż podczas tradycyjnego gotowania. Nie tak intensywny, a do tego nie ma szans żeby pojawiła się w nim choć drobna nutka spalenizny (no chyba że pomylicie programy..)
  6. Potrawy do przygotowania w wolnowarze to przede wszystkim gulasze, pieczenie oraz długo ‚pyrkające’ buliony. Wiem też o robieniu mleka kokosowego (maya.the_bee – to ta Pani na to wpadła). Ogólnie mam zamiar kombinować teraz na całego.

Wracając do gulaszu, oto i on.

gulasz


  • 400 g wołowiny
  • 1 kalarepa
  • 1 marchewka
  • 1 cebula
  • 200 g pieczarek
  • 3 średnie pomidory lub 1/2 puszki nie krojonych
  • Przyprawy: sól, pieprz, rozmaryn
  • olej kokosowy

1. Wrzucić drugi poziom w wolnowarze na 20 minut, niech się rozgrzeje.

2. Mięso pokroić w średnią kostkę, natrzeć olejem kokosowym i pieprzem. Odstawić na czas krojenia warzyw: cebulę w piórka, kalarepę z marchewką w kosteczkę i pieczarki dowolnie. Wołowinę obsmażyć na mocno rozgrzanej patelni z każdej strony. Przełożyć do naczynia wolnowaru, zmniejszyć grzanie do jedynki.

3. Na tej samej patelni obsmażyć wpierw cebulę, dorzucić pokrojone pieczarki i gdy puszczą wodę dosypać marchew z kalarepą. Przemieszać i przytrzymać na patelni przez około 5 minut. Przykryć warzywami mięso.

4. Znów nie myjąc patelni obsmażyć niedbale pokrojone pomidory, aż będą miały konsystencję rzadkiego sosu z kawałkami. Przełożyć do wolnowaru – patelnię można umyć!

5. Doprawić do smaku, podlać wodą w razie konieczności (ok. pół szklanki wrzątku) i bardzo delikatnie przemieszać. Zakryć pokrywką i zapomnieć na 8-10 godzin, ewentualnie tak jak ja można iść spać.


Jakie mam wrażenia już po pełnym teście? No jest genialnie. Samo się robi! Przygotowanie składników zajęło mi akurat te 20 minut kiedy wolnowar się rozgrzewał, więc i tak oszczędność czasu. Do tego ten zapach jak rano wstałam. Uważam, że 80% smaku tkwi właśnie w zmyśle węchu, więc najadłam się po prostu po przebudzeniu. M. nie narzekał, że ‚śmierdzi’ więc dla niego chyba też było dobrze. Mięso wyszło miękkie i rozpadające się, a przy tym zachowało cały cudowny smak wołowiny. Warzywa tak samo. Bałam się zupełnie nie potrzebnie rozgotowanej papki.

Jestem zachwycona, polecam wolne gotowanie z całego serca. Już szykuję się do zakupu całej kury w weekend i zrobienia zapasów pulled chicken. Chyba mam nowego najlepszego przyjaciela.


Do wyboru wolnowaru na prezent przekonały mnie dwie recenzje w internecie: Ziołowy Zakątek oraz Gruszka z Fartuszka.

Wpis ten nie jest w żaden sposób sponsorowany (poza moim zachwytem..).